Po prostu Grecja

Wpisy z tagiem: przewodnik po Grecji

niedziela, 27 maja 2012
Do zobaczenia na Rodos

   Ofiusa – pełna węży, Ethrea – ze względu na łagodny klimat, Trinakria – jej kształt przypomina dwa połączone trójkąty, Makaria – po prostu szczęśliwa, Pontia – morska, Poiessa – bogata w rośliność, Asteria – za swoje gwieździste niebo, Telchinia – od pierwszych mitycznych , tajemniczych mieszkańców. A dla nas dziś Rodos, na cześć wielkiej miłości i żony Heliosa, któremu wyspę podarował sam Zeus. Jeszcze inna wersja mówi, że od kwiatu granatu – rodi, świętej rośliny boga słońca. Te wszystkie nazwy świadczą o wyjątkowości wyspy. Niesamowita mieszanka historii, zabytków, krajobrazów. A całość jest przyozdobiona bogatą roślinnością i ogrzewana przez promienie słoneczne ponad 300 dni w roku. Tutaj powstał Kolos Rodyjski uznawany za jeden z siedmiu cudów świata. Stąd pochodził Kleobulos, jeden z siedmiu mędrców antycznej Grecji. Tutaj urodził się legendarny Diagoras - zwycięzca wszystkich igrzysk panhelleńskich. Tutaj stworzono Nikę z Samotraki. To nie jest przypadkowa wyspa.

   Zwlekałem z napisaniem tego artykułu. Chciałem, aby powstał na Rodos. Jestem tutaj już parę tygodni . Sezon ruszył . Lindos, stolica Rodos, wokół wyspy, Symi. Znane i lubiane trasy. Pokazuję , opowiadam o wyspie godzinami. A każdy odwiedzający ma tutaj do zobaczenia bardzo dużo.

Rodos Miasto

Taki widok stolicy wyspy wita przybywających drogą lotniczą lub morską

   Postanowiłem podzielić miejsca, o których napiszę poniżej, na dwie kategorie. W pierwszej ujmę największe atrakcje wyspy, gdzie jeźdżę z grupami. A w drugiej zaproponuję coś do odwiedzenia, odkrycia samodzielnie,aby w samotności podelektować się urokami Rodos.

   Na początek, nie chcąc powtarzać się za dostępnymi wszędzie źródłami, kilka ogólnych informacji. Wyspa Heliosa jest czwartą pod względem wielkości wyspą Grecji. Znajduje się na południowo – wschodnim krańcu kraju i należy do archipelagu Dodekanez. Ludzie żyją tutaj bez przerwy od kilku tysięcy lat. Jej położenie, 11 mil morskich od wybrzeży Azji Mniejszej, blisko Afryki i Europy, czyli bardzo ważny szlak handlowy, wielokrotnie było jabłkiem niezgody . Dlatego przez wyspę przewinęły się różne narodowości ,aby czerpać z jej bogactwa i atutów. Pozostawili po sobie dużo śladów, pamiątek . Powierzchnia Rodos to 1398 kilometrów kwadratowych. Długość 78 kilometrów, a szerokość 38 kilometrów. Najwyższy szczyt nazywa się Ataviros i ma wysokość 1215 metrów. Ukształtowanie wyspy jest równinne na północy. Przemieszczając się na południe trafiamy na góry, a pomiędzy nimi żyzne doliny. Klimat Rodos jest łagodny. Długie, ciepłe lato. Zimy charakteryzują się intensywnymi opadami deszczu i wiejącymi z północy wiatrami. O śniegu możemy tutaj zapomnieć. Ewentualnie poprószy trochę na najwyższych wzniesieniach. Na wyspie mieszka w sumie 119 tysięcy ludzi.

   Dwie największe atrakcje Rodos mocno konkurują między sobą zabiegając o względy turystów. Chodzi mi o stolicę wyspy i Lindos. Dotychczas nie dałem rady rozstrzygnąć co bardziej podoba się odwiedzającym. Ilekroć pytam ludzi , których oprowadzam ,to zdania są zawsze podzielone.

   Lindos od czasów antycznych wzbudzał szacunek i podziw. Dzięki kontaktom handlowym , bogactwie, właśnie to miasto wiodło prym na wyspie. Stąd też okazały akropol , gdzie czczono boginię Atenę. Nawet odrestaurowane przez Włochów , a następnie greckich specjalistów, hellenistyczna stoa czy świątynia córki Zeusa robią wrażenie. A widok z najwyższego punktu wzgórza pozwala zrozumieć dlaczego właśnie to miejsce wybrano na akropol. Wdrapując się „schodami do nieba” czujemy wielką religijność starożytnych Greków i ich szacunek dla wszechmocnych bogów. Sama wioska Lindos to perełka. Na szczęście nie została zniszczona przez postępującą cywilizację i wygodę bogacących się szybko stałych mieszkańców. W sumie to jedyna wieś , która w całości zachowała swój architektoniczny charakter. Wąskie, kręte uliczki wyłożone otoczniakami oczarowują. Tradycyjne rezydencje kapitanów z bogatymi dekoracjami to arcydzieła. Dobitnie potwierdzają opinie o odważnych i sławnych lindyjskich żeglarzach, którzy podejmowali się najtrudniejszych wypraw. Odwiedzając Lindos za dnia przerazi Was ogromna liczba turystów. Ale w tym tłumie można naprawdę wyłączyć się i spokojnie podelektować urokami zabytków oraz wioski. Natomiast z pewnością warto tutaj wpaść wieczorem. Lindos wtedy jest nie do poznania. Orzeźwiający wiaterek, spokój, cisza. Turyści giną gdzieś w zaułkach. Niewielkie bary, sącząca się muzyka, restauracje i tawerny w ogrodach na dachach domów. A w tle oświetlone księżycem morze i wzgórze akropolu. Taka sielankowa, romantyczna atmosfera to po prostu Grecja w swoim najlepszym wieczornym wydaniu.

Lindos

Akropol w Lindos po wejściu "schodami do nieba"  

   Osobiście stolicą wyspy nie mogę się nasycić. Gdziekolwiek nie popatrzę natychmiast przychodzą mi na myśl historie z czasów antycznych, bizantyjskich, średniowiecznych , tureckich , włoskich. Miasto Rodos to niekończąca się opowieść. Odwiedzający dostaje dosłownie oczopląsu od ilości przeróżnych zabytków. Akropol rodyjski z pozostałościami świątyni Apollona dominuje na wzgórzu Monte Smith. Nagle w dole widać stary odeon i stadion. Tutaj w sumie zaczyna się historia miasta, które żyje nieustannie od ponad 2400 lat. Monumentalne budowle z okresu , kiedy panowali Włosi pokazują nam jakie nadzieje wiązali ostatni okupanci Rodos z tą wyspą. Zainwestowali ogromne pieniądze wznosząc Nowe Miasto od podstaw , aby pokazać światu swoją potęgę. Spacerując główną ulicą i podziwiając kościół Zwiastowania Matki Bożej, ratusz, teatr czy siedzibę sądu czuć powiew wielkomiejskiej atmosfery, której mogą pozazdrościć niektóre metropolie na kontynencie.A jak jeszcze dołączymy do tego malowniczy port Mandraki z twierdzą świętego Mikołaja, dawnymi młynami i parą jelonków witających wszystkich przybawających drogą morską to tworzy się zachwycająca kompozycja. Będącego już pod wrażeniem turystę zaskoczy jeszcze bardziej rodyjska starówka. Tutaj czas cofa się przynajmniej o pięćset lat. Rycerze Joanici pozostawili po sobie całe mnóstwo pamiątek. Pomimo zniszczeń dokonanych przez Turków możemy dziś zobaczyć miejskie fortyfikacje, wejść na starówkę jedną ze średniowiecznych bram , podziwiać pałac Wielkiego Mistrza czy doskonale zachowany szpital zakonu, gdzie dziś ma siedzibę ciekawe Muzeum Archeologiczne. Koniecznie należy przejść ulicą Rycerską, jedną z najbardziej znanych w Grecji. Tutaj nie zmieniło się nic od czasów obecności Joanitów. A każdy z budynków ma do opowiedzenia wiele historii. Rodyjska starówka to wciąż żywy organizm. Wbijając się w wąskie uliczki można niechcący zajrzeć komuś do mieszkania, podsłuchać kłótnię małżeńską lub polityczną dyskusję. Co chwilę widać stare cerkwie, meczety, tureckie łaźnie. Istna historyczna mieszanka wybuchowa. Warto też posiedzieć chwilę na placu Hipokratesa, aby poobserwować rozbawionych, oczarowanych turystów ze wszystkich zakątków świata. Uwielbiam greckie miasta wieczorem, kiedy zakładają swoje eleganckie szaty zakrywając beton, jakieś zaniedbałe budynki czy tony śmieci po codziennej inwazji tysięcy turystów. Spacer w świetle średniowiecznych lamp ma tajemniczą, intrygującą atmosferę. Z pewnością na długo pozostanie Wam w pamięci.

 

Ulica Rycerska

Ulica Rycerska na starym mieście. Słynna, piękna, niezmieniona od setek lat i romantyczna

   No i co? Lindos czy rodyjskie stare miasto jest największą atrakcją wyspy? To coś jak dyskusja o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. Ale starówka ma jeden atut. Jest wyjątkiem w Grecji. Nigdzie indziej w Helladzie nie można zobaczyć tak dobrze zachowanego średnowiecznego miasta. Po prostu Joanici nie dotarli w inne regiony. Wszędzie dominowało Bizancjum.

   Rodos ma nie jedno oblicze.Chcąc odkryć wyspę należy odwiedzić jeszcze kilka miejsc. Takie wyprawy nazywamy różnymi hasłami „Odkrywanie Rodos”, „To co najpiękniejsze”, „Perły rodyjskie” albo popularny „Objazd po wyspie”. Jakby tego nie ochrzcić zwiedzamy wtedy przeróżne historyczne, przyrodnicze atrakcje i nie tylko.

   Na początek proponuję Filerimos, czyli akropol starożytnego Iallisos, jednego z trzech antycznych państw-miast .Ta w sumie niewielka i niewysoka góra to historia Rodos w pigułce. Pozostałości po świątyni Ateny, kościół Joanitów czy budynki klasztoru kapucynów z okresu okupacji włoskiej pokazują nam co przeszli mieszkańcy wyspy na przestrzeni wieków, ale pozostali wierni swojej greckiej tożsamości.

   Chyba najbardziej zagadkowym miejscem na Rodos jest masowo odwiedzana Dolina Motyli. Już sama nazwa wzbudza ciekawość. Dolina jest idealna, aby trochę ochłodzić się wśród bogatej zieleni i wielu źródeł wody. Motyle, które w rzeczywitości nie są motylami wiedzą co robią i spędzają tutaj najgorętsze miesiące lata.

   Starożytne Kamiros dostało nieoficjalnie tytuł „rodyjskich Pompei”. Na pierwszy rzut oka , kiedy patrzy się na stosy kamieni wygrzewanych świecącym mocno słońcem, nikt nie czuje potrzeby ,aby je zwiedzić. A przecież to miasto było największym producentem żywności w czasach antycznych. Kamiros jako pierwsze dorobiło się swojej monety. Owe ruiny pokazują jak fajnie, jak luksusowo, jak praktycznie żyli sobie ludzie ponad dwa tysiące lat temu.

Rodos,stare miasto

Miasto Rodos. Różne narody okupowały wyspę, pozostawiły po sobie dużo śladów, ale wciąż ma grecki charakter

   Rodos wyróżnia się od innych wysp swoim wnętrzem. Nie chodzi mi o jakieś jaskinie czy cokolwiek ukrytego. Podróżując po większości wysp greckich człowiek zawsze widzi z każdej strony morze. Ale nie tutaj. To jest właśnie kolejne oblicze Rodos. Góry, bogate lasy, niewielkie wioski. Odnosi się wrażenie , że to na przykład Alpy. Embona, Sianna są tradycyjnymi rodyjskimi wsiami, które wyglądają aż za współcześnie, ale zachowały swój charakter małego skupiska ludności, gdzie wszyscy znają wszystkich,razem uczestniczą w radosnych i smutnych wydarzeniach oraz utrzymują się z tego co im podaruje natura. Atmosfera wiecznej sjesty, brak pośpiechu przypomina zabieganym na codzień turystom, że można żyć całkiem inaczej. W tych wioskach czas jakby się zatrzymał. Dobitnym dowodem są zegary na kościele świętego Pantelejmona w Siannie.

   Grecja to góry i morze. Owe połączenie niektórych wręcz szokuje. A jak na dodatek pojawia się jakaś historyczna, piękna budowla to umysł szaleje. Coś takiego można przeżyć właśnie w Monolithos podziwiając twierdzę Joanitów, jednym z najciekawszych punktów widokowych na Rodos.

   Po zobaczeniu tylu miejsc apetyt oczywiście rośnie. Dlatego warto , już samodzielnie, dalej podbijać wyspę. Na luzie, bez patrzenia na zegarek , z postojami gdzie się zechce. Przede wszystkim należy pokąpać się w morzu i wylegiwać na plażach wschodniego wybrzeża. Tam czeka na Was zatoka Antoniego Queen’a, gdzie kręcono słynne „Działa z Navarony”. Przemieszczając się na południe, długa i szeroka plaża w Afantou czy jedna z najpiękniejszych - piaszczysta Tsambika - wprowadzą Was w błogi, leniwy nastrój. Chętnym i aktywnym proponuję pokonać kilkaset schodów,aby odwiedzić pobliski kościół Matki Bożej Tsambika. Gwarantuję fantastyczne widoki z góry. Potem jeszcze plaża Glistra, położona na trasie między Pefkos a Kiotari. Piach, płytkie morze i całe mnóstwo skał stanowi doskonałą scenografię na po południową kąpiel. Popularne, szczególnie wśród polskich turystów, Prassonisi rozpieści Was jeszcze bardziej swoimi krajobrazami. Ten południowy kraniec Rodos, gdzie łączą się dwa morza – Egejskie ze Ṡródziemnym jest rajem dla amatorów windsurfingu. Tam poczujecie się jak nad Bałtykiem. Wszędzie słychać język polski. Dwie szkoły sportów wodnych prowadzone są przez Polaków. Nawet w miejscowej tawernie, ze świetnym jedzeniem zresztą, obsługa posługuje się nadwiślańskim językiem, ale z greckim akcentem. Efekt jest znakomity!

   Kolej na wioski,które warto odwiedzić, aby jeszcze bardziej podelektować się grecką atmosferą. O babci w Katavia i jej dobrej kuchni wie już coraz więcej turystów. Przed albo po wizycie u niej odwiedźcie starą cerkwię poświęconą Matce Bożej. Fajny klimat panuje w Genadi, gdzie na szczęście ocalało trochę starych domów. Smakoszom polecam skosztować suvlaki u pani o imieniu Maria. W wiosce Asklipio odwiedźcie jeden z najładniejszych bizantyjskich kościołów na wyspie. Aby się dobić, możecie jeszcze wpaść do wiosek Eleoussa, Psinthos , 7 źródeł. Gdybyście kręcili się w tamtych okolicach to obowiązkowo złóżcie wizytę w starej cerkwii Funtukli. Będąc w świątyni pozamykajcie wszystkie drzwi i sprawdzie akustykę budowli. Ciarki po plecach przechodzą. Amatorom owoców morza, ryb polecam wioskę Stegna. Sam zjazd w dół , krętymi serpentynami dostarczy sporo emocji.

 

Mandraki

 Port Mandraki.  Twierdza świętego Mikałaja i para jelonków  

   Na Rodos nigdy nie jest nudno. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie. Po prostu doskonałe miejsce na wakacje, na oderwanie się od codzienności. Jest to jedna z pierwszych greckich wysp , która przyjmuje turystów . W latach 50, 60 czy 70 odpoczywały tutaj legendy kina, europejska arystokracja, rodziny królewskie czy milionerzy, politycy. Ale wtedy turystyka nie była jeszcze masowa. Dziś też wpadają na Rodos różne znane z pierwszych stron gazet osobistości. Czuć powiew wielkiego świata. Pomimo splendoru,komercji, kosmopiltycznej atmosfery wyspa zachowała swój grecki charakter. Wciąż można zjeść dobrą musakę,wypić retsinę, posłuchać greckiej muzyki, zatańczyć Zorbę, nacieszyć oczy pięknymi widokami. Właśnie to przyciąga każdego lata już teraz miliony ludzi z całego świata. No to do zobaczenia na Rodos!

Marcin Pietrzyk

PS. Oprowadzam po Rodos polskie grupy z biur Grecos Holiday, TUI Polska, Sky Club, Wezyr, 7 Islands. Być może spotkamy się gdzieś na turystycznych szlakach. Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące zwiedzania wyspy proszę o kontakt na e- mail: przewodnikpogrecji@gmail.com

wtorek, 17 kwietnia 2012
Pociągająca i wciągająca Chania

   Nie ma znaczenia jak tam dotrzesz. Samolotem czy statkiem. Zawsze Cię przywita jednakowo, czyli dostojnie. Na początek pokaże swoje groźne, ale fascynujące, oblicze. Już na dzień dobry Cię zdobędzie. Nie ulegaj tak łatwo. Przed Tobą jeszcze tyle odkryć, tyle niespodzianek. Potem tam wrócisz nie raz, bo fascynacja potrwa długo. Tego miejsca nie da się poznać szybko. Ale przecież nie w tym rzecz. Bo w dobrym romansie chodzi o doznania. A tych Ci dostarczy jedno z moich ulubionych greckich miast – Chania na Krecie!

   Białe Góry ( Lewka Ori) to pierwszy obrazek, który wita każdego przybysza i z początku go zaskakuje . My, ludzie ze starego kontynentu, kojarzymy sobie wyspy z plażami, morzem , egzotyczną zielenią. A tu góry na powitanie. Co za rozczarowanie! Sporo lat jeżdzę z turystami po Grecji i zawsze dziwią się, że tyle ich tutaj .A ja z uporem maniaka powtarzam ,iż ten kraj to najpierw góry, a potem morze. Bo w końcu dwie trzecie powierzchni Hellady to wyższe lub niższe wzniesienia.

 Moja przygoda z Kretą zaczęła się kilkanaście lat temu. Pomimo natychmiastowego zauroczenia wyspą długo ją odrzucałem. Nie chciałem powiedzieć sobie samemu ,że to niezwykłe miejsce. Po prostu głęboko w sercu miałem północną Grecję,która fascynuje mnie do dziś. Jak to w życiu bywa, ironia zawsze górą, połknąłem kolejnego bakcyla. Tym razem kreteńskiego. Wrócilem na wyspę wielokrotnie. Za każdym razem, opuszczając ją,jestem wściekły na siebie, że znowu czegoś nie widziałem, gdzieś nie pojechałem. A spędziłem tutaj sporo czasu. Dwa sezony po ponad pięć miesięcy. Pojawiałem się zimą. Ostatni jedenastodniowy pobyt poświęcony tylko na zwiedzanie podsunął mi kolejne miejsca do zobaczenia. I znowu niedosyt.

Chania & Lefka Ori

   W tekście, który właśnie popełniam, nie mam żadnej szansy zaprezetować Krety w całości. Musiałbym napisać książkę.Skoncentruję się na mieście Chania i okolicach, do których mam ogromną słabość. Przeżyłem tutaj niesamowite chwile, poznałem świetnych ludzi , skosztowałem doskonałej kuchni i wypiłem dużo wina.

   Jak wiadomo , Kreta to największa grecka wyspa. Przemieszczając się po niej, człowiek odnosi wrażenie, że znajduje się na kontynencie. Wszędzie daleko. Drogi nie mają końca. Do tego jeszcze z mnóstwem zakrętów. Nie jest tak jak na innych wysepkach, że z każdej strony widać morze. Nieoficjalnie dzielimy Kretę na wschodnią i zachodnią. Wschód to Heralkion z okolicami,aż do Rethimno. A zachód to Chania, zaczynając od miejscowości Georgiupoli i kończąc na Kissamos lub Kasteli ( to samo miasteczko o dwóch nazwach). Między mieszkańcami obydwóch części istnieje mocna rywalizacja. Nie szczędzą sobie nawzajem ostrych uwag. Pamiętam jak w tawernie w Heraklionie zamówiłem karafkę tsikoudia. Kelner spojrzał na mnie groźnym wzrokiem i pouczył , że tutaj pije się tylko raki. Chodzi o ten sam bimber, ale w zależności od regionu różnie nazywany. Jedno z ostatnich haseł mojego przyjaciela z Chania rozbawiło mnie konkretnie:” Bóg bardziej kocha zachodnią część wyspy, bo mają dużo gór i nie grozi im zatonięcie”. Fakt, od wschodu Krety powoli ubywa.

   Chania to dawna stolica wyspy. Pomimo, że już sporo czasu tę rolę pełni Heraklion to miasto zachowało stołeczny charakter. Ilekroć spaceruję po ulicach Chanii przede wszystkim oczarowują mnie ludzie. Pogodni, pewni siebie, niesamowcie gadatliwi, a przede wszystkim dumni ze swojego miasta. Uważam , że identyfikacja z miejscem , w którym się żyje, sympatia i inne pozytywne uczucia stanowią o jego niepowtarzalnej atmosferze.

   Aby poczuć klimat Chanii trzeba koniecznie zobaczyć kilka zakątków.Miasto jest idealne do spacerów o każdej porze dnia i nocy. Zaczniemy od portu weneckiego. Już samo dojście ulicą Chalidon zapowiada ciekawe przeżycia. Bizantyjskie, weneckie, tureckie budynki świadczą o długiej historii, bogactwie miasta. Później napiszę co warto tam zobaczyć, bo przed nami plac Eleftheriosa Venizelosa ze swoją fontanną. Tutaj znowu przydałoby się parę informacji o tej wielkiej osobowości,ale proszę o cierpliwość. Dochodząc, po wyłożonym marmurem placu, do wybrzeża, oczarowuje falochron z samotną latarnią morską. A potem już dostaje się oczopląsu. Ze wszystkich stron uderzają kolory, kontury kamienic, malowniczy horyzont. Po prostu uczta dla oka. Gdziekolwiek by się nie spojrzało jest pięknie. Po lewej stronie dominuje budynek Muzeum Morskiego , którego kolor , zależnie od pogody,raz jest czerwony, a raz ceglany.Miodowy, żółty, beżowy, błękitny,pomarańczowy. Istny festiwal barw i ciepła! Tutaj każdy odwiedzający ulega całkowicie Chanii. Nawet ustawione stoliki, parasole, krzesła w dziesiątkach tawern, kawiarni, restauracji nie zespuły estetyki portu. Nie ma co ukrywać, Wenecjanie byli bezwzględnymi zaborcami , ale pozostawili po sobie imponujące ślady. Ciekawość każdego wzbudza prawa część portu, bo lewą widzi się jak na talerzu . Meczet Janczarów przypomina o obecności Turków na Krecie. W głębi niewielkie wzniesienie Kasteli, gdzie w czasach antycznych istniał akropol to tajemniczy i urokliwy zakątek starówki.W pobliżu trafisz na ruiny minojskiej osady.Wracamy do weneckiego klimatu, bo swoje oblicze pokaże dawny pałac rektora, zaraz potem loggia, arsenały z XV wieku. Labirynt uliczek wciąga do dalszego odkrywania.Dlatego warto przenieść się do zachodniej części starówki. Tej , którą wcześniej widzieliśmy jak na talerzu. Na jej krańcu znajduje się Firka, czyli dawny wenecki bastion i więzienie, a dzisiejsze Muzeum Morskie. Warto tam zajrzeć,aby poznać bliżej historię bitw morskich wokół Krety czy zobaczyć modele statków z różnych okresów. Spacerując wzdłuż dawnych murów będziesz błądził. Trudno ustalić jakąś trasę, bo dużo tam ślepych uliczek, zaułków. Dzielnice Topanas, Evreika (żydowska) na pewno oczarują i pozwolą zapomnieć na chwilę o rzeczywistości. W wyglądzie domów, rezydencji widać wpływy weneckie czy tureckie. Metalowe balkony , ornamenty, okiennice, kolorowe fasady proszą o robienie mnóstwa zdjęć. Nawet sypiące się budynki mają swój urok. Jest romantycznie oczywiście. I zielono! Wielkie donnice pełne kwiatów dekorują uliczki. Podwórka rezydencji przeistoczono w ogrody. W takiej atmosferze można sobie usiąść w jednej z kawiarni, tawern. Ja mam ulubiony bar w ruinach dawnej synagogi...

Chania.Stare miasto

   Z oazy spokoju proponuję przenieść się w ruchliwą część starego miasta. Ulica Kanevaro ze swoimi sklepami pełnymi biżuterii, pamiątek, wyrobów ze skór i czego tylko zapragnie konsumpcyjna dusza turysty pokaże Ci całkiem inne oblicze Chanii. Pamiętając, że nie masz żadnego celu podczas spaceru pozwól sobie zabłądzić w wąskich uliczkach. Kiedyś w tej części miasta mieszkali przede wszystkim Turcy. Ale miniesz również wiele kościołów, kapliczek. Jeżeli będzie otwarta cerkiew świętej Katarzyny (Agia Ekaterini) z XVI wieku to zajrzyj do środka. Z pewnością Cię nie zawiedzie. Przysiądź gdzieś w cieniu na jednym z placów lub placyków w dzielnicach Splantzia czy Chiones. Te miejsca, gdyby mogły , opowiedziałyby niesamowite historie, których akcja toczyła się tutaj.

Chania. stare miasto

   Miałem szczęście zobaczyć wiele starówek greckich miast. Ta w Chanii jest wyjątkowa. A wyróżnia ją intensywnie tętniące życie. Rytm nadają miejscowi, a nie turyści. Cały czas mija się Kreteńczyków. Piją kawę, robią zakupy, jedzą, dyskutują, spacerują. Stąd można łatwo „podejrzeć” miejscowych. Dopełnieniem upajania się lokalnym klimatem będzie wizyta w hali targowej. Powstała przed stu laty, ale wciąż robi wrażenie swoją okazałością. Targ jest najlepszą okazją do posłuchania kreteńskiego dialektu. Oprócz tego zobaczysz jak noszą się mieszkańcy wyspy. Mam na myśli ich długie skórzane buty, chustki na głowach mężczyzn, noże zawieszone w pasie i czarne stroje. W całej hali panuje niesamowity gwar. W tle słychać dźwięki kreteńskiej liry. Handel odbywa się na całego. Targ miejski w Chania jest świetną okazją do zakupienia lokalnych produktów. Oliwa z oliwek, suchary, oliwki, kreteńskie noże, przeróżne sery, przyprawy, zioła, wino, tsikudia ( wspomniany już bimber) i pamiątki.

Chania noca

   Odwiedziny jednego z muzeów pozwolą zrozumieć historię wyspy. Jak wiadomo, na Krecie rozwinęła się cywilizacja minojska, uznawana za najstarszą w Europie.Fajną podróż w czasie odbędziesz w muzeum archeologicznym. Sam budynek ma dość ciekawą historię. Był kościołem zakonu Franciszkanów. Za panowania Turków, jak w całej Grecji, został przerobiony na meczet. Zaś na początku XX wieku zorganizowano tutaj kino i teatr. Trochę później zlokalizowano magazyn wojskowy. Ostatecznie 50 lat otwarto muzeum. Nie ukrywam, że budynek jest doskonały na bliskie spotkanie z historią.Eksponaty podzielono według miejsca ich pochodzenia. Gliniane sarkofagi z dekoracyjnymi malowidłami, biżuteria, pięczecie wykonane ze szlachetnych kamieni, naczynia, rzeźby,dziecięca zabawka sprzed prawie 3000 lat pokazują jak sobie radził człowiek na przestrzeni wieków w zachodniej części Krety. Nie zapomnij koniecznie o kolekcji złota i minojskiej sztuki ofiarowanej przez znaną rodzinę greckich polityków Mitsotakis. Sama świadomość , że te przedmioty posiadał były premier Grecji podnosi ciśnienie podczas zwiedzania.

   Jeżeli chcesz poznać późniejsze losy, kulturę Chanii i okolic polecam równeż Muzeum Wojenne, Muzeum Sztuki Ludowej, Muzeum Historyczne. Pamiętaj, aby wcześniej sprawdzić godziny otwarcia tych przybytków, bo są zmienne. W tym celu dobrym sojusznikiem będzie internet. Na szczęście po wielu latach starań urzędnicy państwowi przekonali się do cyberprzestrzeni. Teraz każda gmina grecka posiada już profesjonalnie wykonaną stronę.

   Po takiej dawce wrażeń z ciężkim sercem przyjdzie Ci rozstać się z miastem. Najwyższy czas spenetrować okolice! Aby trochę złagodzić rozłąkę proponuję pojechać na Akrotiri. Na zakręcie w kierunku półwyspu traficie na groby Eleftheriosa i jego syna SofoklesaVenizelosów. Miejsce do pochówku niebagatelne. Każdy żywy chciałby mieć takie widoki zza okna swojego domu. Całe miasto widać ze wzniesienia Profitis Ilias jak na dłoni. Kilka słów o najsłynniejszym mieszkańcu Chanii, który na wyspie wciąż jest wielką legendą. Eleftherios Venizelos przyczynił się do zjednczenia Krety z Grecją. Trząsł politycznym światem przez prawie pół wieku. Był wielokrotnym premierem kraju. Należy do twórców idei Wielkiej Grecji położonej na dwóch kontynetach. Jego odważne poglądy przysporzyły mu całej rzeszy wrogów. Co chwilę organizowano na niego zamachy. W 1935 roku zawiesił działalność polityczną i wyemigrował z Grecji.Rok później zmarł w Paryżu. Pochowano go właśnie na Akrotiri. Prawie w każdym mieście stoi pomnik tego wielkiego męża stanu. Jego imieniem nazwano wiele głównych ulic na terenie całego kraju. Venizelos swoim nazwiskiem firmuje również ateńskie lotnisko.

   Tęsknotę za Chanią wynagrodzi Ci półwysep Akrotiri. Trasa przejazdu robi wrażenie. Wąskie,kręte drogi . Na szczęście nie ma dużego ruchu. Nawet w szczycie sezonu. Co nikogo nie zwalnia z bycia ostrożnym. Zawsze jakiś zakręcony kierowca może nagle wyskoczyć zza skały i to ze sporą predkością. Na Akrotiri poczujesz się jak na bezludnej wyspie. Do tego bardzo kamienistej i pozbawionej rośliności. Niewielki ruch daje szansę do zatrzymywania się w dowolnym miejscu i delektowania widokami. Kiedy pracowałem na wyspie tak ustalałem program dnia, aby być w okolicy Akrotiri podczas zachodu słońca. Nie widziałem piękniejszego. Krajobraz stanowi idealną scenografię. A słońce ze swoimi kolorami dopełnia dzieła. Trzeba być poetą,aby to opisać. Włócząc się po okolicy trafisz na kameralne plaże między miejscowościami Kalathas a Tarsanas. Dwie osoby to już tłok. Wśród skałek, trochę piachu, orzeźwiające morze. Czego więcej potrzeba człowiekowi styranemu cywilizacją? Podążając na północ dotrzesz do wioski Stavros. Przede wszystkim zachwyci Cię plaża. Piaszczysta. Długa. A morze powoli staje się głębokie, więc frajdę mają i kiepsko pływający i wielbiciele kąpieli. Przez cały czas będziesz miał niezbite wrażenie, że już tu kiedyś byłeś. I wcale nie pomylisz się, jeżeli obejrzałeś legendarnego „Greka Zorbę”. Tu właśnie kręcone były zdjęcia do filmu Michalisa Kakogiannisa. Na tej plaży tańczyli obydwaj bohaterowie i świętowali wielką katastrofę.W jednej z tawern wiszą na ścianie fotografie z tamtych czasów. A w wiosce Stavros, kilka metrów od plaży, zamieszkał na stałę nagrodzony Oskarem za najlepsze zdjęcia do „Greka Zorby” Walter Lassally. Na marginesie,jego matka była Polką, a ojciec Niemcem. Jeszcze do niedawna szczęściarze mogli spotkać spacerującego Waltera i zamienić z nim parę zdań. Zawsze z wielą pasją mówi o czasach, kiedy kręcono film. Klimat irytującego dziś, stylem życia i filozofią, przynajmniej połowę Europy Zorby jest tam wszechobecny.

Stavros

   Po kąpieli na słynnej plaży i jakimś posiłku zachęcam do odwiedzenia jednego z dwóch klasztorów, które znajdują się na Akrotiri.Prawosławne monastyry mają w sobie coś tajemniczego, nieznanego ,ale przyjaznego. Polecam szczególnie Moni Gouverneto ( Matki Bożej od Aniołów). Po latach powrócili tam mnisi. Są to młodzi, kontaktowi ludzie, którzy z niesamowitym samozaparciem próbują przywrócić świetność klasztoru, którego historia sięga XV wieku.

   Wracając do miasta pojedź przez Soudę, gdzie znajduje się urokliwy naturalny port obsługujący promy z Pireusu oraz wielkie statki wycieczkowe.Tam znowu będziesz miał okazję do pstryknięcia wielu zdjęć.

 

   Na zakończenie pierwszej randki z Chanią polecam jeszcze wyprawę do wąwozu Therisos. Trasa długości 6 kilometrów dostarczy niezłych emocji. Jest tam malowniczo, groźno, zielono i pięknie. W Therisos wybuchło powstanie kreteńskie. Dlatego to miejsce jest kojarzone z przyłączeniem Krety do Grecji. Oprócz wizyty w muzeum , proponuję spróbować gotowanej koźliny. Taka uczta z kreteńskim winem pozostanie na długo w Twojej pamięci.

   Jestem pewny ,że po tych pierwszych doznaniach wrócisz tutaj. Następnym razem Chania wciągnie Cię jeszcze bardziej,a potem pozostała wielka Kreta. Nie ma lepszego miejsca, aby delektować się życiem. Zorba wiedział co robi.

Pozdrawiam!

Marcin Pietrzyk

PS. Powyższym artykułem zaprezentowałem na swoim blogu moje trzy ulubione i najpiękniejsze greckie miasta: Saloniki, Nafplio i Chania. Każde z nich jest całkiem inne.Według mnie, jeżeli ktoś zwiedzi te trzy miejsca to śmiało może uznać, że zna Helladę

środa, 08 lutego 2012
Wędrówka po mojej Helladzie - czerwiec 2011

   Objazdówka, klasyczna Grecja,dookoła Grecji – w katalogach biur podróży, wśród turystów funkcjonuje wiele nazw kilkudniowej wycieczki po Grecji. Takich wypraw mam za sobą sporo. Różne trasy, ilość dni. Pamiętam 17-dniowy objazd śladami Apostoła Pawła.Nie zapomnę trzydniowej, superszybkiej wycieczki po kontynentalnej Grecji. Tak zwanych „siódemek” już nie liczę. Prawie zawsze te same miejsca. Meteory, Delfy, Olimpia, Ateny, Epidauros, Mykeny, Nafplio, Saloniki, Korynt, Mistra. Ale zawsze różni ludzie, słuchacze, odbiorcy.Wspomnień całe mnóstwo. Spokojnie, nie będę pisał o swoich objazdówkach. Tym razem oddaję głos turystom.

   W czerwcu 2011 zrealizowałem fajny program dla biura podróży Grecos Holiday, z którego założycielami współpracuję już kilkanaście lat. Wystartowaliśmy z Korfu. Pokonaliśmy trasę: Korfu – Igumenica – wyrocznia zmarłych Acherontas – Arta – most Rio-Antirio – Olimpia – Tolo – Epidauros – Nafplio – Mykeny – Kanał Koryncki – Ateny – Delfy – Termopile – Meteory- Metsovo – Janina (Muzeum Figur Woskowych Pavlosa Vrellisa) – Korfu. Kilometrów dużo. Miejsc do zobaczenia sporo. Wysiłek ogromny. Wrażenia?

   Poniżej prezentuję zdjęcia nadesłane przez uczestników tej wycieczki. Wybrałem tylko bardzo niewielką część . Dla mnie to jest okazja do pokazania takiej wędrówki z innej perspektywy. Przeglądając zebrany materiał zdjęciowy, czytając e-maile zdałem sobie sprawę, że siedzący za mną w autokarze ludzie mają ciekawe,różne spojrzenie. Wyłapują chwile, na które nigdy nie zwróciłbym uwagi. I to jest najcenniejsze w owym fotoreportażu. Kiedy urodził się w mojej głowie ten pomysł byłem przekonany , że odzew będzie prawie żaden. Ewentualnie zobaczę dużo podobnych do siebie zdjęć. Rozczarowałem się! Pozytywnie oczywiście. W sumie zebrałem kilkaset zdjęć.Wybór nie był łatwy. Powstał całkiem ciekawy obraz z tygodniowej wyprawy. Do tego jeszcze dający wiele informacji. Na przykład zdałem sobie sprawę , które momenty programu były najsłabsze albo najbardziej utkwiły w pamięci jej uczestników. Podpisy i komentarze uzgodniałem po części z ich autorami. Upewniłem się również, że takie relacje staną się tradycją na tym blogu.Udanej podróży po mojej Helladzie!

Grecos.Czerwiec2011

Zaczęliśmy z przygodami. Początek lata był bardzo gorący w polityce. Duże, masowe protesty przeciw kolejnym cięciom , oszczędnościom w opanowanej przez kryzys Grecji. Natrafiliśmy na strajk generalny. Port zamknięty. Zaden prom nie płynie na kontynent. Istniała groźba, że wyleci nam z programu Olimpia.Ale byliśmy w Grecji i bogowie nam sprzyjali. I zesłali niewielką łódkę, którą przeprawiliśmy się na kontyntynent. Załoga czekała na wybrzeżu z drugiej strony miasta Korfu, aby nie rzucać się w oczy policji portowej. Oczywiście nie popłynęliśmy do Igumenicy ,a do malutkiej wioski rybackiej Sagiada. Cudem zmieściliśmy się na pokładzie, a z nami nasze bagaże.

Grecos.Czerwiec 2011

Starożytny stadion w Olimpii. Kolebka igrzysk olimpijskich. Sanktuarium Zeusa. Niektórzy z grupy sprawdzali swoje siły w biegu.

Grecos. Czerwiec 2011

Przejazd z Olimpii do Tolo. Spotkała nas straszna ulewa. Do tego jeszcze pokonywaliśmy spory odcinek krętymi serpentynami.

Grecos. Czerwiec 2011

Szczytem pokazu możliwości kierowcy był przejazd przez wioskę Lagadia na wysokości 980 m.n.p.m. Zza szyb widzieliśmy tylko przepaści.

 

Grecos. Czerwiec 2011Góry Arkadia. Potężne, tajemnicze. Wzbudzają szacunek.

 

Grecos. Czerwiec 2011Kalimera!Po śniadaniu , pierwszej kawie i ceremonii pakowania walizek gotowi do dalszego podboju.

Grecos. Czerwiec 2011

Teatr w Epidauros. Poranna opowieść o antycznym dramacie i nie tylko.

 

Grecos. Czerwiec 2011Joanna Banasik, aktorka Teatru Witkacego w Zakopanem, jedna z naszych współtowarzyszek podróży recytuje fragmenty „Medei” Eurypidesa w starej grece. Tu jako przewodnik muszę się wtrącić . Dla mnie była to jedna z najpiękniejszych chwil jakie przeżyłem w swojej pracy. Piszę o tym więcej na blogu w tekscie „Po sezonie 2011”.

Grecos. Czerwiec 2011

Spiewać każdy może.... Już po oficjalnej próbie akustycznej w teatrze w Epidauros

 

Grecos. Czerwiec 2011Twierdza Palamidi w Nafplio. Turysta wszędzie wejdzie dla ładnego ujęcia

Grecos. Czerwiec 2011

Sok ze świeżych pomarańczy. To najlepsza nagroda za podbój Myken.

Grecos. Czerwiec 2011

Podświetlony Akropol ze wzgórza Filopapu w ramach nocnego podboju Aten.

Grecos. Czerwiec 2011

Pałac Parlamentu na placu Syntagma w Atenach. Tutaj rozbili swoje namioty „Oburzeni” , którzy prostestowali przeciw reformom rządowym i poczynaniom polityków.

Grecos. Czerwiec 2011

Atmosfera na placu była gorąca. Nie miała jednak nic wspólnego z rozruchami pokazywanymi przez media na całym świecie.

Grecos. Czerwiec 2011

Quo vadis Hellado? Na chwilę pozwolono nam wejść na zabarykadowany przez policjęplac przed Grobem Nieznanego Zołnierza. Potem nas przegoniono. Zmianę warty oglądaliśmy z daleka.

Grecos. Czerwiec 2011

Sjesta należy się wszystkim!

Grecos. Czerwiec 2011

Meteory.„Atmosfera tego miejsca wycisza”.„Przepiękny finał objazdówki”. „Uroku kamiennego lasu nie odda żadne zdjęcie”.”Tutaj można uwierzyć w bożą moc”.”Magiczne miejsce”.”Tyle czytałem o o klasztorach w Meteorach, tyle zdjęć widziałem, ale na żywo to coś imponującego”.” Byłem pewien , że Grecja mnie już nie zaskoczy. A jednak”.”Ciągle wącham sobie oregano przywiezione z Meteorów”. To tylko niektóre z myśli uczestników naszej wędrówki.

Grecos. Czerwiec 2011

Cała załoga w komplecie. Po siedmiu dniach jazdy i zwiedzania wciąż z uśmiechem.

Grecos. Czerwiec 2011

Arystokratyczne, urokliwe, zielone Korfu! Na wyspę wróciliśmy bez przygód statkiem rejsowym.Przed nami tydzień wypoczynku po harówce na objadówce. Po dwóch dniach jednak zaczęło nas nosić ,aby coś zwiedzić.

Ode mnie: Panie i Panowie, wielkie dzięki za nadesłane zdjęcia!Sprawiliście mi wielką niespodziankę odpowiadając na mój pomysł. Mam nadzieję, że udało mi się oddać atmosferę naszej wspólnej tułaczki. Jeżeli chcielibyście coś jeszcze dodać w formie pisemnej albo zdjęciowej to proszę słać e-maile na adres: przewodnikpogrecji@gmail.com

UWAGA! Już niedługo zobaczycie relację z objazdu, który odbył się we wrześniu 2011

Pozdrawiam!

Marcin Pietrzyk

środa, 07 grudnia 2011
O zawodzie przewodnika

   Długo wahałem się czy napisac poniższy artykuł. Nie za bardzo lubię opowiadać teoretycznie o swoim zawodzie. Wolę gawędzić o miejscach, po których oprowadzam. Od poczęcia pomysłu pisania blogu zamierzałem pokazywać Grecję moimi oczami. Ale przez ostatnich kilka miesięcy uczestniczę w różnych dyskusjach, wysłuchuję dziwnych teorii na temat przewodnictwa. Tego lata byłem świadkiem wielu popisowych numerów ludzi, pracujących w turystyce. Widziałem turystów wściekłych na hasła rzucane przez moich kolegów, koleżanki. Odnoszę wrażenie, że pomieszały się role. Na czym innym polega praca rezydenta, pilota, przewodnika. Do każdej z tych profesji potrzebne są inne umiejętności, inne kszatałcenie. Zdałem sobie sprawę o dezinformacji jaka panuje wśród zainteresowanych stron. Dlatego też zebrałem myśli i napiszę, jak to jest na moim greckim podwórku. Uwaga! Momentami będzie nudno.

   Zawód przewodnika istniał już w antycznej Grecji. Między inymi w Delfach, pępku świata. Usługi przewodnickie świadczyli tam specjalnie do tego przygotowani ludzie. Oprowadzali wiernych po sanktuarium Apollina opowiadając o poszczególnych obiektach, zwyczajach.

   Taka jest nasza rola do dzisiaj... Szkoły kształcące przewodników powstały w latach pięćdziesiątych minionego stulecia razem z rozwojem masowej turystyki.

   Jak wygląda system kształcenia przewodników w Grecji? Przeszedłem przez całą procedurę, która w sumie trwa trzy lata. Każdy kandydat posiadający przynajmniej maturę, obywatel Grecji czy innego kraju, należącego do Unii Europejskiej, zdaje egzaminy wstępne. Najpierw z języka, w którym zamierza oprowadzać. Aby przejść dalej trzeba otrzymać ocenę 16, w skali do 20. Kolejny etap to egzaminy pisemne z historii i geografii Grecji,wypracowanie. Oczywiście wszystko po grecku. Minimalna ocena to 14. Po tym wszystkim trzeba cierpliwie czekać na ogłoszenie wyników.

   Studia trwają 2,5 roku. Kształcenie obejmuje część teoretyczną i wycieczki edukacyjne. Mam za sobą 1,5 tysiąca godzin zajęć. Oto lista przedmiotów: historia starożytnej Grecji (50 godzin wykładów), historia Bizancjum (50), historia nowożytnej Grecji (50), archeologia prehistoryczna (80 godzin wykładów plus 20 godzin zajęć w muzeach plus 50 godzin przygotowań do wycieczek), archeologia klasyczna (120 plus 60 plus 30), archeologia bizantyjska i pobizantyjska (120 plus 30 plus 70), historia sztuki (100 godzin wykładów), historia współczesnej architektury i style budowy (30 godzin wykładów plus 20 godzin przygotowań do wycieczek), historia teatru (30 godzin wykładów),religioznastwo (40 ), mitoligia grecka (20 ), historia literatury starożytnej Grecji (30),historia nowożytnej literatury Grecji (20),historia greckiej muzyki i tańca (20), sztuka ludowa i zwyczaje ludowe (30), geografia (30),ekologia i środowisko naturalne (60), geologia – paleontologia – speleologia (20), prawo archeologiczne (20), prawo turystyczne (30) , zasady działania biur podróży i hoteli (30), psychologia turysty (20), udzielanie pierwszej pomocy (20), szkolenie mowy (10), technika oprowadzania (30), trasy turystyczne (130). O ile wszystkie przedmioty są zrozumiałe, o tyle dwa ostanie potrzebują kilku wyjaśnień. Zajęcia prowadzą dyplomowani przewodnicy. Podczas techniki oprowadzania wkładają nam do głowy między innymi, jak należy prezentować jakąś rzeźbę w muzeum czy mniejszy eksponat umieszczony w gablocie, jak dać sobie radę na obleganych przez dziesiątki grup wykopaliskach archeologicznych. Pamiętam , że tematów było całe mnóstwo i brakło czasu na ich omówienie. Z kolei trasy turystyczne to niezwykle ważny przedmiot dla każdego przyszłego przewodnika. Dlaczego? Przykładowo, mam do przejechania trasę z Meteor do Delf. Ponad cztery godziny w autokarze. Droga nie jest zbyt łatwa, bo dużo gór i zakrętów. Co trzeba wtedy robić z grupą? Pierwsza myśl: trochę muzyki, krótka sjesta, ale czas nie mija. A przecież za oknem turyści widzą dużo fajnych rzeczy. Mijamy regiony, miasta, wioski, pola uprawne, góry, rzeki, lasy. Te wszystkie miejsca to skarbnica informacji. Przecież nie można bez przerwy mówić o historii. Więc uczą nas co można opowiadać przejeżdżając poszczególnymi trasami po kontynencie, czy robiąc objazdy po wyspach. Na co należy zwrócić uwagę czy porównać z już „zaliczonymi” miejscami. Grecja jest taką układanką. Jak złoży się jej poszczególne elementy w całość to wychodzi z tego bardzo fajna opowieść i do tego jeszcze świetnie zilustrowana.

   Najciekawszą częścią przewodnickiej edukacji są wycieczki. W sto dni dookoła Grecji. Dzięki tym wyprawom zobaczyłem kilkadziesiąt wysp greckich. Nie pamiętam ile razy przejechałem kontynent wzdłuż i wszerz. Odwiedziłem wykopaliska archeologiczne, muzea, jaskinie, wioski, parki, po których może nigdy nie będę miał okazji oprowadzać, ale jako przewodnik je znam. Nie zapomnę wizyty na ateńskim Akropolu. Oprócz profesorów oprowadzał nas człowiek odpowiedzialny za prace restauracyjne. Zostaliśmy wpuszczeniu do wnętrza Propylejów, Partnenou oraz do budowli mykeńskich znajdujących się pod świątynią Nike. W Olimpii trafiliśmy na ceremonię odpalania znicza olimpijskiego przed igrzyskami zimowymi w Vancouver. W Werginie wpuszczono nas do grobowca Filipa II. W klasztorze w Dafni, jednym z najważniejszych bizyntyjskich zabytków, weszliśmy po rusztowaniach aż do kopuły kościoła,aby zobaczyć z bliska mozaiki. Podczas zwiedzania świątyni Apollina Epikuriosa w Vasses ( 1100m.n.p.m. w regionie Arkadia, tzw. Mały Parthenon zaprojektowany przez Iktinosa) ciarki przeszły mi przez skórę wielokrotnie, kiedy znalazłem się wewnątrz świątyni. Jest ona tak dobrze zachowana, że nie trzeba wytężać wyobraźni, aby zrozumieć jak wyglądały starożytne kościoły. Co mi jeszcze utkwiło z tej studniowej tułaczki po Helladzie? 12 godzin w Narodowym Muzeum Archeologicznym czy 8 godzin w nowym Muzeum Akropolu. Gdzieś mam zdjęcie, jak leżę pod jakąś gablotą z notesem i resztkami sił podziwiam broń z epoki geometrycznej. Wtedy zrozumiałem moich turystów, kiedy przestają z nogi na nogę po godzinie zwiedzania ateńskiego muzeum, a ja próbuję ich przekonać do zachwytu nad płytami nagrobkowymi z czasów klasycznych.

   Czułem się szczęściarzem, bo miałem okazję słuchać doskonałych wykładowców. Z tego słyną greckie szkoły przewodników. Zatrudniają profesorów archeologii z najlepszych uniwersytetów . Wspomnę tylko profesora Panagiotisa Faklarisa, który prowadził prace wykopaliskowe w świątyni Apollina Epikuriosa, a później razem z profesorem Andronikosem odkrył grób Filipa II w Werginie. Nie mogę pominąć profesora Pavlosa Themelisa, który nadzoruje prace w starożytnej Messenii ( południowy Peloponez). Przez cztery godziny w strugach deszczu i wielkich kałużach opowiadał nam z ogromnym entuzjazmem o swoim dziecku, tym zapomnianym, ale kiedyś bardzo ważnym mieście. Według mnie, to jedno z najciekawszych stanowisk archeologicznych w Grecji. Na marginesie, profesor Themelis jest jednym z pierwszych absolwentów szkoły przewodników w Salonikach. Nie mogę pominąć profesor Meliny Paisidu, wiekiej pasjonatki Bizancjum, która swoimi opowieściami przenosi Cię bardzo łatwo do tamtej epoki.

   Lata spędzone w szkole pozwoliły mi odkryć Helladę, zrozumieć ją. Zanim podjąłem studia przewodnickie byłem pilotem przez wiele lat. Wydawało mi się , że wiem strasznie dużo. Turyści byli zachwyceni. Wstąpienie do szkoły uważałem za biurokratyczną procedurę.Po prostu muszę przez nią przebrnąć. Już na pierwszych zajęciach przypomniałem sobie starożytną myśl : Wiem , że nic nie wiem. Dziś rozumiem co mówię do turysty. Kiedyś miałem stres, aby nie padło jakieś trudne pytanie. Po latach „prania mózgu” w szkole ulotnił się. Wreszcie prostymi słowami mogę wytłumaczyć skomplikowane dla laika pojęcia odnośnie starożytnej architektury czy życia w antycznej Grecji.

   Dlatego dostaję szału , kiedy słyszę hasła, że prawo oprowadzania po Grecji mogą mieć dosłownie wszyscy. Piloci po pięciomiesięcznym kursie w Polsce, czy czterdziestogodzinnym szkoleniu w Słowenii. Wśród kolegów w szkole miałem absolwentów historii sztuki i archeologii. Wielokrotnie powtarzali , że bez tych studiów nie byliby w stanie oprowadzać po Grecji. Unia Europejska przygotowuje nowe prawo, na mocy którego zawód przewodnika stanie się ogólnoeuropejski. Co to oznacza? Jako dyplomowany przewodnik będę mógł oprowadzać po Warszawie, Krakowie, Londynie, Paryżu czy Sztokholmie. Traktuję to jako wielki prezent od europejskich biurokratów, bo daje nieograniczone możliwości pracy przez cały rok. Ale czy mam ku temu predyspozycje? Co wiem o Szwecji czy Francji? Tyle co przeczytam w książkowym przewodniku i znajdę w internecie. Program studiów przewodnickich nie obejmuje nic o Krakowie czy Gdańsku. Nie chcę takiego prezentu! Nie mogę być pajacem , który będzie przemieszczał się razem z trendami turystyki i odgrywał rolę przewodnika.

   Dziś wielu pilotów-rezydentów- przewodników w jednym zmieniają destynacje co kilka miesięcy. I dobrze robią, bo rozwijają się w ten sposób.W efekcie słyszę historie o minojczykach w Delfach, bo akurat w poprzednim sezonie koleżanka rezydowała w Heraklionie. Innym razem opowiada pilotka, że ze skały Akropolu w Lindos spadła Nike z Samotraki. Nie ukrywam ,że kiedy to usłyszałem też chciałem rzucić się do morza. Dołożę jeszcze historyjkę z wyspy Symi. Pilotka rozpoczyna oprowadzać po mieście: „Nie będę Państwa zanudzała historią wyspy, bo jesteście na wakacjach....” Co drugie słowo to symyjskie krewetki, których trzeba koniecznie spróbować oraz gąbki. Na marginesie dowiedziałem się, że Grecy wydobywają je od 150 lat...Poziom usług spada tragicznie z roku na rok. Wśród pilotów oczywiście są wyjątki. Ludzie, którzy czytają, szukają, próbują zrozumieć. Kiedy potrzebują pomocy zwracają się po nią do fachowców. Niestety, z wielu powodów, jest ich coraz mniej. Dziś duża grupa pilotów nie zna języków obcych i boi się przetlumaczyć przewodnika. Oczywiście w takiej sytuacji można sprzedać grupie wiele historii, że nie mamy czasu, że tylko ogólnie, aby nie nudzić, bo gorąco, bo będzie więcej czasu wolnego na zakupy. I w ramach kreowania się, serwują turystom stek głupot. Kto je sprawdzi? Nie tylko ręce opadają! Przewodnikowi nie potrzeba dwóch godzin, aby opowiedzieć o akropolu lindyjskim. Może interesująco oprowadzić w ciągu trzydziestu minut. Tu nie chodzi o zrobienie z ludzi archeologów., historyków, ale o wyjaśnienie co to jest ten akropol i z czym się to je.

   Powyższy tekst mógłby być jeszcze dłuższy... Chciałbym w ten sposób wziąć udział w dyskusji na temat zawodów przewodnika, pilota, rezydenta, bo to są różne profesje, ale ich kompetencje gdzieś mocno się pomieszały . Oczywiście nie mam zamiaru degradować żadnego z tych zawodów. Ale chcę przypomnieć, że każdy z nas ma swoje konkretne miejsce w procesie zwanym obsługą turysty. Na zakończenie. System kształcenia przewodników w Grecji został nagrodzony wielokrotnie przez Unię Europejską. Stał się pierwowzorem edukacji dla wszystkich krajów członkowskich. Ucieszyłbym się ,gdyby do szkoły wstąpili inni piloci z Polski. Póki co , polskojęzycznych przewodników jest garstka. A potrzeby świadczenia usług na profesjonalnym poziomie są ogromne.

Pozdrawiam!

Marcin Pietrzyk

poniedziałek, 28 listopada 2011
Po sezonie 2011

 

Kolejny, ciekawy sezon za mną. Kolejna zima, równie fascynująca, przede mną.

 

Nie wiem , kiedy uciekło mi siedem miesięcy z życia. Jedno  jest pewne, minęły niesamowicie szybko.

 

Znalazłem w swoich komputerowych fiszkach  niedokończony artykuł z kwietnia. Płynąłem  statkiem na Rodos.  Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Santorini w deszczu czy Kos w  czarnych chmurach. Uważałem się za szczęściarza, bo tam  rzadko  jest  mokro i pochmurnie.

 

Teraz próbuję jakoś ogarnąć minione lato. Od strony meteorologicznej nie było ono upalne. Ale pod wieloma innymi względami grzało. I to mocno. Na wyspie było wyjątkowo dużo turystów. Rodos pobił historyczny rekord i ugościł ponad 2,5 miliona ludzi! W każdy weekend między 15 lipca a 15 września na lotnisku lądowało ponad 270 samolotów, a wysiadało z nich około 57 tysięcy ludzi. Wielki ruch  odczuwało się na każdym kroku.  W tym zamęcie próbowałem oswoić się z gościnną wyspą Heliosa jako przewodnik.  To był sezon pełen doświadczeń.  Pokazałem Rodos ponad 4 tysiącom turystów. Przejechałem po nim wzdłuż i wszerz nieskończoną ilość razy. Objazd po wyspie,  stolica i średniowieczna starówka, Lindos, Symi.I tak w kółko. Miałem wielką satysfakcję, kiedy udawało mi się przybliżyć te miejsca i pozwolić zrozumieć ich historię,rolę. Gratuluję cierpliwości moim słuchaczom i dziękuję za wszystkie ciepłe słowa!

 

Powłóczyłem  się również po innych zakątkach Hellady. Mam za sobą dwie fantastyczne 7-dniowe objazdówki. Jedna była w czerwcu, a druga we wrześniu. Wyruszaliśmy z Korfu. A potem z Igumenicy, po przeprawie promowej,  podbijaliśmy Grecję. W sumie przejechaliśmy ponad 1800 kilometrów następującą trasą: Nekromantijo,czyli  wyrocznia zmarłych – Arta – most  Rio- Antirio – Olimpia – Tolo – Nafplio – Epidauros – Mykeny – Kanał Koryncki – Ateny  - Delfy – Termopile – Meteory – Metsovo – muzeum figur woskowych P.Vrellis w Joanina. Sporo tego na tak mało dni! Tempo było duże. Ale za to mnóstwo wrażeń.  I to każdego dnia innych. Dawne nadmorskie drogi, nowoczesne i zabytkowe mosty, niekończące się góry, serpentyny, autostrady, mniejsze lub większe wioski, plantacje arbuzów, winogron,, rzeki lub ich koryta, zabytki od prehistorycznych do  nowożytnych, przyroda, muzyka, jedzenie, klimat i tak dalej.....Grecja to  bardzo różnorodny kraj. Nie da się go łatwo zaszufladkować.  Na sukces tych fantastycznych podróży mieli wpływ przede wszystkim jej uczestnicy.Wierzę, że ogrzewają ich jeszcze wspomnienia z tej wspólnej tułaczki, kiedy przegladają tysiące zrobionych zdjęć ( na marginesie, czekam na przesłanie przynajmniej kilku,aby wrzucić na  blog!)   

 

Przeżyłem  chwile, dla których   warto wykonywać zawód przewodnika. Antyczny teatr w Epidauros. Jeden z najlepiej zachowanych i największych  w Grecji. Dzień wcześniej rzucilem hasło, że liczę  na pomoc kogoś z grupy podczas próby akustycznej. Jakaś piosenka, fragment wiersza, anegdota. Coś na dowód , że ta doskonała słyszalność to nie ściema. Skończyłem swoją opowieść o antycznym teatrze, o budowli i zaprosiłem wszystkich, aby zajęli miejsca na widowni. Dokonuję próby. A z boku pojawia się pomoc. Pisząc te słowa po raz kolejny przechodzą mi ciarki po skórze. Słyszę coś o wylanych łzach podczas prób, o spełnionym marzeniu....I nagle docierają do mnie słowa w starej grece. Niesamowite! Niemożliwe!   To była „Medea” Eurypidesa! I jeszcze w orginale! Z  doskonałym akcentem! Stałem na scenie  .  Musiałem  mieć ciekawy wyraz twarzy z kolekcji „mocno zaskoczony”. Absolutna cisza na widowni.Wszyscy po prostu zamarli. Słuchali.Koniec. Cisza. Oklaski.Tak poczuliśmy magię i potęgę Epidauros. Owo niesamowite przeżycie zafundowała nam Joanna Banasik, na codzień aktorka w Teatrze Witkacego w Zakopanem. Okazało się, że gra  Medeę od czterech lat.Było jej marzeniem zagrać tę Straszna Babę w takim miejscu. Asiu, wielkie dzięki za dostarczenie wrażeń i za zgodę na upublicznienie się na moim blogu!

 

Tak  jest w mojej robocie, że przemieszczam się dużo. Wrześniowy wtorek. Rano spotkanie z grupą w  rodyjskiej jednostce marynarki powietrznej.  Wiedziałem od dawna , że to nie będzie takie zwykłe city tour. Już miesiąc wcześniej dopinałem szczegóły z przedstawicielem ministerstwa obrony w Atenach. Bo mało kto, oprócz spaceru po starówce, zleca oprowadzanie po Pałacu Wielkiego Mistrza Zakonu Joanitów  i  Muzeum Archeologicznym. Spotkanie z przedstawicielami polskiej  armii bylo fajne. Zaraz potem w samolot i heja do Aten, a potem jeszcze lot na Korfu. Tam już czekała na mnie silna grupa gotowa do podboju Hellady. Wśród uczestników moja profesor od angielskiego z liceum.  Jaki ten świat mały! Po krótkim spotkaniu organizacyjnym , jeszcze pełen energii, ruszyłem na korfijską starówkę. Tam, w stoi Liston ,zasiadłem, aby  orzeźwić się  mojito. Wtedy sobie zdałem sprawę, że rano piłem kawę na starym mieście w Rodos, a teraz siedzę na starym mieście w Korfu.  Jak  spojrzy się na mapę Grecji to są dwa krańce tego pięknego kraju.

 

Innym razem wypadło mi zastępstwo. Rozchorowała się pilotka ,a następnego dnia miał ruszyć z Zakinthos objazd po Peloponezie. Zmieniam swój rodyjski program . Jakimś cudem udało się spasować loty.Najpierw do Aten. A stamtąd przesiadka na Zakinthos. W niewielkim  samolocie Olimpic Air kilkanaście osób. Startujemy punktualnie. Lot  trwał 30 minut. Owe pół godziny  długo będę jeszcze przeżywał. Lecieliśmy nad centrum Aten. Po raz pierwszy widziałem z góry Akropol, stadion Kalimarmaro, Grecką Agorę, plac Symtagma, stadion Olimpijski, Pireus. Znam te miejsca jak własną kieszeń. Czasami przejazd w korkach podczas objazdu po mieście zabierał nam mnóstwo czasu. A z samolotu wszystko wydawało się takie małe i tak blisko siebie. Dość szybko znaleźliśmy się nad Kanałem Korynckim. Podziwiałem z pokładu samolotu agorę w starożytnym Koryncie,Akrokorynt. A dalszy lot to po prostu uczta dla oka.  Nafplio, Argos, kolejne pasma górskie  Peloponezu. Próbowałem zatrzymać w pamięci jak najwięcej obrazów.  Te pół godziny w powietrzu z takimi widokami pozwoliło mi  zrozumieć potęgę tego „jabłka niezgody”  i chęć zamieszkania tutaj przez tyle ludów na przestrzeni wieków. I w taki sposób, już następnego dnia, rozpocząłem swoją opowieść o Peloponezie.

 

Tyle na dzisiaj. Przede mną zima. Fascynująca,jak wspomniałem na początku .Dlatego,że dużo i źle  dzieje się w Grecji. Mam na myśli kryzys oczywiście. O tym jednak innym razem. Znowu jestem w domu w Salonikach. Drewno do kominka zniesione. Zebrałem trochę książek ,aby nadrobić braki w lekturze. Znowu pijam  kawę w fajnych zakątkach miasta. No i  planuję popełnić parę tekstów o mojej Helladzie.

 

Pozdrawiam!

 

Marcin Pietrzyk

 

środa, 20 kwietnia 2011
Pascha, czyli Wielkanoc po grecku

 

Tym razem, bo czas ku temu odpowiedni, zaserwuję  opowieść o  Wielkanocy w Grecji. Pascha to najważniejsze święta w kalendarzu liturgicznym  wyznawców kościoła prawosławnego. 

 

Przygotowania  zaczynają się z początkiem Wielkiego Postu. Okres ten rozpoczyna  święto o nazwie Kathara Deftera (Czysty Poniedziałek). Tego dnia zaczyna się oczyszczanie ciała i ducha. Jednym słowem post. Trwa on w sumie 48 dni. 40 dni, które  Chrystus spędził na pustyni i dodajemy jeszcze Wielki Tydzień. Post , przestrzegany przez prawosławnych jest o wiele surowszy niż wśród katolików w Polsce.  Otóż oprócz zakazu spożywania mięsa nie wolno w ogóle jeść nabiału. Czym zatem żywią się wtedy  ludzie?  Otóż wybór jest spory. Owoce morza (kalmary, ośmiornice, małże, krewetki),   warzywa, rośliny strączkowe, makarony, oliwki, oliwa z oliwek. Ze słodyczy chałwa, ciasta z syropem ( słynne siropiasta). Jak się ruszy wyobraźnią to z takich składników można ugotować wspaniałe rzeczy i  codziennie ucztować. Post wśród Greków jest bardzo popularny.  Większość robi  to z powodów religijnych. Inni po prostu chcą schudnąć. Nie zapominajmy, że lato za pasem . Będzie trzeba pójść na plażę i zaprezentować się w stroju kąpielowym. We wszystkich restauracjach, tawernach, jadłodajniach można znaleźć coś postnego. Nawet w McDonaldzie mają specjalne zestawy pod nazwą McSarakosti ( sarakosti to po grecku post).

W najważniejszy okres  przygotowań wkraczamy od Soboty Łazarza. Następnego dnia jest Niedziela Palmowa. Cały Wielki Tydzień to ciąg liturgii, rozmyślań, refleksji. Warto wziąć udział w jednej z mszy.  W cerkwii panuje wtedy podniosła, tajemnicza  atmofsera.Zapach świec, dymu z kadzideł. No i te psalmy bizantyjskie.Prawosławne świątynie słyną z doskonałej akustyki.  To wszystko powoduje, że człowiek nagle zatrzymuje swoje życie i ma je przed oczami. Analizuje co dzieje się wokół niego.Myśli o swojej drodze przez życie. Najpiękniejsze psalmy wykonywane są w Wielki Wtorek. Wtedy jest śpiewany wzruszający Tropianion Kassiany. Warto pójść do kościoła przynajmniej tego dnia.

 

W Wielki Czwartek do południa  Grecy  masowo malują  jajka,ale wyłącznie  na kolor czerwony. Tak nakazuje tradycja. To symbol przelanej krwi Chrystusa. Do dzisiaj pozostał zwyczaj  wywieszania na balkonie lub za oknem czerwonej tkaniny.  Pochodzi on  z czasów tureckich. Wtedy to był znak ,że tutaj mieszkają chrześcijanie i przygotowują się do Paschy. Wieczorem w cerkwii ma miejsce liturgia na pamiątkę ukrzyżowania i śmierci Chrystusa.  Pamiętam moje ogromne zdziwienie, kiedy po raz pierwszy brałem w niej udział -  dlaczego w czwartek? Przecież w Polsce taka uroczystość jest w Wielki Piątek! Zacząłem pytać  znajomych. Wszyscy patrzyli na mnie jak na kosmitę. Usłyszałem : przecież tak zawsze było, jest i będzie. Wiadomo , że katolicy i prawosławni nie pałają do siebie wielką sympatią.  Nad rozłamem pracowano skutecznie po obydwu stronach. Wyznawcy kościoła prawosławnego oskarżają katolików między innymi o nieprzestrzeganie tradycji wczesnochrześcijańskich. Widzą ich jako ludzi., którzy ciągle coś grzebią przy zwyczajach i obrzędach, które są im niewygodne. Na moje pytanie o czwartek długo nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Mam dobrego, głęboko wierzącego  kolegę Greka, który ożenił się z Polką. Pożyczył mi Nowy Testament po grecku i jego tłumaczenie na polski.  W  ojczystym  języku przeczytałem po raz kolejny w swoim  życiu, że Chrystus został ukrzyżowany i zmarł w Wielki Piątek.  Otworzyłem wersję grecką i znalazłem  samo!  Mój grecki kolega zbaraniał! Nie mógł w to uwierzyć. Dopiero dorwaliśmy  znajomego duchownego, który wyłożył nam całą kwestię. Otóż prawosławni surowo przestrzegają  tradycji wczesnochrześcijańskich. To wynika z nazwy ich kościoła. Prawosławny to po grecku orthodoksos. Orthos znaczy słuszny, prawidłowy,a doksa –sława. Po prostu ludzie, którzy prawidłowo sławią Boga.Jak mi wytłumaczył duchowny, jednym ze zwyczajów sięgających korzeni chrześcijaństwa jest sposób mierzenia czasu. Otóż wtedy dzień kończył się i zaczynał zachodem słońca. Według tego czasu żyją dziś między innymi mnisi na górze Athos w północnej Grecji. Dlatego Wielki Piątek dla prawosławnych to  Wielki Czwartek dla katolików.  Podczas liturgii na pamiątkę ukrzyżowania i śmierci Chrystusa w cerkwii, w pewnej chwili, wygasają wszystkie światła. Duchowny trzykrotnie okrąża świątynie wewnątrz trzymając krzyż i  zapaloną świecę, co symbolizuje ostatnią drogę Jezusa. Następnie krzyż jest ustawiany przed ikonostasem, dekorowany wieńcami. To chwila ukrzyżowania.Zaczyna się okres żałoby,rozpaczy, opłakiwania śmierci Syna Bożego. Całą noc, cały następny dzień bez przerwy biją dzwony . Późnym wieczorem  zbierają się w cerkwii kobiety, aby przygotować epitafium, czyli symboliczny grób Chrystusa.  Wydawałoby się ,że to nic takiego.  Pozory mylą. Każda parafia chce mieć najpiękniejsze, robiące największe wrażenie epitafium.  Kiedy już zgoromadzą się kobiety zaczynają między sobą dyskutować  jak  wykonać dekorację z kwiatów. Teraz sobie wyobraźcie scenę: kilkadziesiąt krzykliwych Greczynek, każda z nich chce przeforsować swój pomysł. W cerkwi dochodzi do strasznych scen. Nad całym towarzystwem próbuje zapanować zdesperowany duchowny. O świcie dochodzą do porozumienia. Przemilczę fakt, że zgodnie z tradycją przy dekoracji powinny brać udział tylko dziewice.

 

Wielki Piątek to dzień żałoby i ścisłego postu. Dozwolone jest tylko picie wody.Dla mniej wytrwałych oliwki , chleb.Ludzie są wyciszeni, zamyśleni. Słychać wszędzie powolnie bijące dzwony z kościołów. Panuje bardzo podniosła atmosfera.To niesamowite przeżycie być tego dnia w Grecji.W telewizji puszczają tylko filmy o treści religijnej oraz programy informacyjne. Stacje radiowe są całkowicie wyciszane. Ewentualnie grają jedynie muzykę poważną. Do południa są zamknięte wszystkie sklepy, bazary, banki, urzędy. Wierni licznie gromadzą się w cerkwiach, aby wziąć udział w liturgii na pamiątkę zdjęcia ciała z krzyża i złożenia do grobu.  Zycie wraca trochę do normy po mszy. Tego dnia pozamykane są tawerny, restauacje. Funkcjonują tylko kafenija. Dla Greków picie kawy to nie rozrywka, a czynność fizjologiczna.  Wieczorem , ulicami miast przechodzi procesja z epitafium, na trasie której stoją tłumy wiernych z zapalonymi świecami. Wszystkie świece  muszą być ciemnego koloru, bo to dzień żałoby.

 

Atmosferę geckich świąt Wielkanocnych można śmiało porównać z atmosferą polskich świąt Bożego Narodzenia. Tajemnicę zmartwychwstania Chrystusa przeżywają rodzinnie. Wtedy zjeżdżają się bliscy, krewni  rozsiani na codzień po całym świecie.  Z Aten, gdzie mieszka 5 milionów ludzi w ciągu trzech przedświątecznych dni wyjeżdżają ponad 3 miliony! Na drogach, w portach, na lotniskach dzieją się dantejskie sceny. Wszyscy pędzą do swich rodzinnych wiosek.

 

Wielka Sobota to dzień ostatnich przygotowań do świąt. Gotowanie, pieczenie, prasowanie, sprzątanie. Czynności  znane doskonale polskim gospodyniom.  Do południa kawiarnie są pełne mężczyzn, młodych ludzi. Spotykają się,aby sobie pożyczyć świątecznie. Wieczorem zgromadzeni w domach , w skupieniu oczekują chwili wyjścia do cerkwii. O 23 rozpoczyna się liturgia zmartwychwstania. Parę minut później  duchowny wychodzi przed świątynię. Rozdaje wiernym  Swięty Ogień. Ten . który jako pierwszy odpali, białą tym razem, świecę od duchownego będzie w łaskach bożych przez najbliższy rok. Łatwo sobie można wyobrazić, że wielokrotnie dochodzi do starć między wiernymi... Swięty Ogień trafia do Aten z Jerozolimy, gdzie prę godzin wczećniej  ma miejsce liturgia zmarwychwstania dla kościołów prawosławnych – armeńskiego, greckiego i rosyjskiego. Akcja dostarczenia ognia do wszystkich cerkwii  przebiega niezwykle sprawnie. W ciągu dwóch godzin trafia on do każdego zakątka Hellady. Do oddalonych górskich wiosek, na maleńkie wysepki,gdzie mieszka kilka osób. Samolotami, samochodami, łodziami. A wydawałoby się,że w tym kraju to niemożliwe. Większość świata myśli  o Grekach jako  leniwym narodzie,który nie zbyt lubi pracować,za to  kocha sjestę, jedzenie i zabawę. Z większością tych haseł mógłbym się zgodzić.  Natomiast stanowczo  prostestuję przeciw lenistwu. Oni po prostu wszystko robią w wolnym tempie. Motto życiowe Greków to siga,siga,czyli powoli, powoli. Dzięki temu mają tak wysoką średnią życia. Nie ukrywam , że akcja z ogniem zawsze wzbudza mój podziw. Przed cerkwią duchowny psalmuje. Treścią jednego z ostatnich psalmów  jest scena z Pisma Swiętaego jak Matka Boża z Marią Magdaleną podążają do Grobu Pańskiego, a tam Anioł Pański im oznajmia, że Chrystus zmartwychwstał. Formułkę  „Chrystus Zmartwychwstał” duchowny odśpiewuje dokładnie o północy. Nagle w niebo wystrzeliwują setki petard, fajerwerków. Niektórzy przynoszą broń . Coś takiego możemy przeżyć w Polsce podczas nocy sylwestrowej. Wielka feta! Taki festiwal hałasu i światła. Radość! Entuzjazm! Wszyscy nawzajem składają sobie życzenia. Jeden do drugiego mówi: „Chrystus zmartwychwstał”  (Christo anesti!), a odpowiedź brzmi „Zaprawdę zmartwychwstał” (Alithos anesti). Jest to pozdrowienie pierwszych chrześcijan.  Kolejna bardzo ważna tradycja to „jajkowalka” ( to takie moje wolne tłumaczenie). Każdy przynosi ze sobą jedno czerwone jajko. Nawzajem stukają ich końcówkami  . Jajko, które po uderzeniu nie pęknie świadczy, że jego właściciel  będzie w łaskach bożych przez najbliższy rok.  Ceremonia przenosi sie do cerkwii, gdzie trwa liturgia wielkanocna. Nieliczni na niej zostają. Większość ludzi wraca do domu na pierwszy wielkanocny posiłek. W jego skład wchodzi zupa magirica, chałka świąteczna i jajko. Uwielbiam tę tradycję! Zawsze z niecierpliwością czekam na ten moment. Magiricę robi się z jagnięcych flaczków, żołądków, wątróbki. Do tego dodają ryż, koper, sos ubijany z jajka i cytryny. Pychota! Jest to pierwszy niepostny posiłek, lekkostrawny, po 48 dniach wstrzemięźliwości od mięsa i nabiału. Finał nocy zmartwychwstania ma miejsce na jakiejś imprezie w klubie czy słynnych bouzoukia.

 

W niedzeilę rano wcześnie wstaje głowa rodziny. Przygotowuje ruszt, rozpala węgle. Zaczyna się ceremonia pieczenia jagnięcia lub koźlaka. Nie mylcie tego z baraniną czy kozłem. Grecy jedzą tylko mięso z młodego zwierzęcia. Najlepsze jest jagniątko, które  karmiono tylko mlekiem. Pieczenie trwa około czterech, pięciu godzin. W tzw. międzyczasie kobiety przygotowują stół świąteczny. Przystawki, sałaty itp. W południe zasiadają do stołu. Zaczyna się wielkie żarcie! Leje się w wino! Potem tańce. Oczywiście tylko greckie. Impreza na całego. Kocham tę atmosferę! Nie zapominajmy, że przy stole siedzi wieeeeeelka, grecka rodzina. Dopiero poniedziałek jest dniem dla przyjaciół , znajomych.

 

Paschę w Grecji obchodzi się według kalendarza juliańskiego. Raz na parę lat świętują razem prawosławni i katolicy. Tak jest w tym roku.

 

Wiosna w Grecji to najpiękniejsza pora roku. Wszystko  odradza się do życia.Kwitną drzewa. Kwiaty rosną z godziny na godzinę. Zapach kwitnących pomarańczy, cytryn powoduje zawrót głowy. I jeszcze nie jest gorąco ,a już ciepło. Coraz częściej wlaśnie na Paschę  odwiedzają Grecję turyści. Biorą udział we wszystkich uroczystościach, obrzędach, a potem udają się na mały objazd po zabytkach. Wiosna to idealna pora na odkrywanie uroków Hellady.

 

Każdy region ma jakieś szczególne tradycje, zwyczaje świętowania Wielkanocy. Słyną z tego przede wszystkim dwie wyspy: Korfu i Chios. Ale o tym już innym razem.

 

Kalo Pascha!

Marcin Pietrzyk

 

środa, 13 kwietnia 2011
Na Rodos wieje optymizmem

Kocham latać! Mógłbym nie robić nic innego w życiu. A loty nad Grecją to niesamowite przeżycie. Co za  widoki! Wyspy jak  kamyki  rozrzucone na morzu. Będąc w powietrzu  czuję, że  oglądam na żywą mapę.

 

Znowu  miałem  szczęście podziwiać Helladę z góry. I to jeszcze za dnia. Pogoda była   dobra, widoki fantastyczne. Z Salonik na Rodos lot trwa  mniej więcej   godzinę. Po drodze  przelecieliśmy nad   Skopelos, potem  imprezowym Mykonos, Naksos, Amorgos, Astipalea , czyli czarujące Cyklady.

 

Rodos przywitało mnie  chłodnym wiatrem i kałużami, bo wcześniej mocno popadało. Ale następnego dnia rano już było jak zawsze, czyli słonecznie. Wiosną pachnie dookoła. To najpiękniejsza pora roku. Nie ma jeszcze upałów, a wszędzie zielono i kwitnąco. Przyroda szaleje na całego.

 

Rodos to największa wyspa archipelagu Dodekanez, który położony jest w południowej części Morza Egejskiego. A ta wyspa to stolica  regionu. Jedna z najbardziej obleganych  przez turystów .  Więcej  szczegółów innym razem.

 

Donoszę, że na Rodos  sezon turystyczny już ruszył. Wylądowały pierwsze  chartery z Niemiec, Francji i Skandynawii.  Do portu zawijają, prawie codziennie, duże statki wycieczkowe. Po  starówce w stolicy wyspy krzątają się nieopaleni jeszcze turyści. Wyszukują miejsca, aby gdzieś przysiąść i wchłonąć choć trochę słońca. Aż trudni uwierzyć , że za miesiąc wszyscy na wyspie będą szukali cienia . Z kolei miejscowi jeszcze noszą grubsze, ciepłe   ubrania. Szokuje ich widok obcokrajowców w krótkich spodenkach i sandałach na nogach. Natychmiast dostają gęsiej skórki.

 

Część hoteli  przywitała już pierwszych gości. Pozostałe  są w trakcie intensywnego sprzątania.  Wszędzie malują, odświeżają,odkurzają, ustawiają,porządkują, przycinają trawę,krzewy,  wymieniają  żarówki w ulicznych lampach. Robota wrze.

 

Mnie na Rodos  przede wszystkim oczarowuje  Stare Miasto. Nigdzie indziej  w Grecji nie spotkacie się ze średniowieczem.  Miałem okazję pospacerować wąskimi uliczkami starówki.  Odwiedziłem  Muzeum Archeologiczne, gdzie otworzono dwie nowe,  ciekawe sale , Pałac Wielkich  Mistrzów. Oczywiście nie zapomniałem przejść przez ulicę Rycerską.

 

Wypiłem sporo kawy, spotkałem  starych i nowych  znajomych,  przeprowadziłem wiele rozmów o  tegorocznym sezonie . Codziennie spacerowałem w porcie Mandraki . Te parę dni minęło  szybko.

 

W tym roku wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że  sezon na wyspie zapowiada się dobrze. Dookoła wieje optymizmem. Już za dwa tygodnie wrócę na Rodos . Tym razem drogą morską.

 

Lot powrotny do Salonik był spokojny. Bez widoków, bo wieczorny....

Pozdrawiam!

Marcin Pietrzyk